Drogi czytelniku

Na początku chciałbym Cię poinformować, że nigdy nie uważałem, że umiem pisać. Jednak mam w głowie coś, co chciałbym przekazać. W moim opowiadaniu może cię odepchnąć zawarta w nim przesada i wyolbrzymienia, ale jest to świat, który wykreowałem od zera i panują w nim takie, a nie inne zasady. Więc jeśli jesteś otwarty na nieco inne doświadczenia to serdecznie zapraszam do czytania. :)
Opowieść jest tworzona głównie przeze mnie, lecz zawsze mogę liczyć na grono bliskich mi osób. Gatunek zalicza się do tzw "urban fantasy". Mogą występować w nim nawiązania do naszego świata, jednak nie należy doszukiwać się w tym niczego głębszego.
Jeśli dalej chcesz w to brnąć i przeczytać te wypociny, nad którymi spędzam tyle czasu to pozostaje mi jedynie podziękować i życzyć miłego czytania. ;]

1. Mściciel

      Pod murem klęczało to... coś. Skóra czarna jak noc, którą przykrywał równie mroczny twór przypominający dym. Kształtem przypominał człowieka tyle, że z wielkimi, nietoperzowymi skrzydłami wyrastającymi z pleców. Jego dłonie były zakończone szponami, a oczy pulsowały białym światłem.
      Nie miał sił wstać, a nad nim stali ludzie... mnóstwo ludzi, około czterdziestu. Ubrani w złote i niebieskie, szato podobne ubrania z ornamentami na piersi i pasie,które tak jakby odzwierciedlały ich rangę. W rękach trzymali miecze, łuki, a niektórzy broń palną. Ludzie z zakonu od wieków zajmowali się tępieniem demonów z tego świata, ale ten był inny. Zanim go złapali zginęło mnóstwo ludzi, jak jeszcze nigdy podczas polowania na jednego osobnika. Starsi nie mogli znaleźć na jego temat żadnych wzmianek w archiwach, przez co wojownicy nie mogli być na to gotowi. Znajdowali się na dachu wieżowca wysokiego na trzydzieści pięter. Wokół nich walały się zakrwawione, zmasakrowane ciała.
      Z tłumu wyłonił się mężczyzna, brunet o niebieskich oczach. Jego twarz zdobiła zadbana, może dwumiesięczna broda, a jego szata była przyozdobiona ornamentami jak żadna inna.
-Mamy go! - Wykrzyczał odwracając się do tłumu. -Bracia! Czarny demon wreszcie przed nami upadł!
      Wzniosły się triumfalne okrzyki. Potwór tylko podniósł głowę i obserwował. Na jego twarzy nie dało się dojrzeć żadnych zarysów ust czy nosa. Tylko te wielkie, jaśniejące oczy. Ich blask był tak silny, że nie było nawet widać tenczówek. Po prostu białe punkty, w których powinny znajdować się gałki oczne.
-Gratuluję... - odezwał się ludzki głos.
      Mężczyzna, stojący przed tłumem, usłyszawszy to, gwałtownie odwrócił się w stronę demona, który mówiąc nawet nie otworzył ust, tak jakby wszyscy słyszeli jego głos w głowie.
-Ty...- zaczął mówić bogato ubrany człowiek.
-... gratuluję. - Głos wysilił się na lekki śmiech. - Rozejrzyj się. Ilu ludzi zginęło? Ilu wie po co? Ilu wie co chcesz osiągnąć Feonarze? Uratował was tylko ten cholerny amulet! Gdyby nie on wszyscy, bez wyjątku, bylibyście już martwi.
      Feonar trzymał go w ręce, błogosławiony amulet, relikt obdarzony wielką mocą, który był w stanie osłabić najpotężniejsze demony. Jeśli wierzyć legendom, w tym naszyjniku, znajduje się krew samego Stwórcy, który sam sobie jej upuścił, aby oczyścić ziemię i pobłogosławić ją, zanim powołał do życia pierwszego człowieka.
-Zamilcz!- wzburzył się mężczyzna- Jak śmiesz...
-Zapieczętowałem wyrwe, przez długi czas się nic nie wydostanie, niepotrzebnie traciłeś tylu dobrych ludzi.
      Feonar złapał się nerwowo za głowę i przeszedł się od ludzi z zakonu do demona. Wskazał na niego palcem jakby mu groził, ale nie wiedział co powiedzieć. Wściekłość malowała się na jego twarzy czerwienią, a tłum za nim nie wiedział o co chodzi, ani co począć. Jednak zatrzymał się na chwilę, przejechał ręką po włosach, zaczesując je do tyłu, a na jego ustach pojawił się uśmieszek.
-Nie teraz to za miesiąc, rok lub dekadę, ale w końcu pieczęć się złamię - mężczyzna nachylił się do demona - a ja dostanę to, czego chcę i czas nie będzie miał już dla mnie większego znaczenia.
-Wtedy będzie już ktoś, kto mnie zastąpi.
-O czym ty mówisz? - Feonar skrzywił się nie rozumiejąc. - Przecież jesteś jedyny.
-Zaczekasz, a się przekonasz. - W głowie mężczyzny rozległ się śmiech demona.
-Zobaczymy, kto się teraz zaśmieje! Czas ginąć, za długo mi przeszkadzałeś i teraz nie mogę pozwolić, aby to się powtórzyło.
-Więc proszę, zabij mnie w końcu. Lepsza okazja ci się już nie zdarzy. - Potwór wydawał się szydzić z Feonara każdym słowem.
-Nie ja. - Wskazał nad zabudowaną klatkę schodową. - On...
      Nagle, we wskazanym miejscu, rozbłysło, można by powiedzieć, że złote, oślepiające światło, a towarzyszący temu podmuch wiatru zebrał cały kurz z dachu i uderzył w skrzydła słabego demona z taką siłą, że o mało go nie przewrócił. Podwiane silnym podmuchem szaty zatrzepotały , a nad klatką schodową pojawił się mężczyzna w lśniącej na biało i złoto zbroi. Z jego pleców wyrastały białe, pierzaste, przeźroczyste, eteryczne skrzydła, niczym u anioła. Jego samego otaczała dziwna, świetlista aura, do której ciężko było przyzwyczaić oczy.
      Gdy wylądował na podwyższeniu z zabudowania, jego skrzydła zniknęły. Mężczyzna ściągnął hełm, a właściwie jedynie machnął przed nim ręką, a owe nakrycie głowy otuliło się niebieskim płomieniem, który sprawił, że hełm zniknął, ukazując twarz mężczyzny w średnim wieku o delikatnych, przyjaznych rysach twarzy i krótko ściętych, kasztanowo-brązowych włosach. Jego źrenice były nieludzko błękitne, wydawać by się mogło, że jego wzrok przeszywa nie tylko twoje ciało, ale i samą duszę. Twarz miał niewzruszoną, kamienną, nieukazującą żadnych emocji.
      Nie było żadnych wątpliwości, to był archont. Są oni ludźmi... a może raczej stworzeniami, które, według zakonu, zostały zesłane przez samego Stwórcę, aby wesprzeć ludzi przeciw pladze demonów, wydobywających się z wyrw łączących świat ludzi ze światem demonów, otchłanią. Jedno jest pewne, byli oni niebywale potężni, a tego konkretnego osłabiony demon znał bardzo dobrze.
-Michael...? - wydusił z siebie demon.
-Umilknij Danavisie! - Rozległ się głos archonta, tak jakby wypowiedziało to kilka osób. - Jesteś potworem, demonem, którego cały czas ścigałem, a udawałeś przyjaciela. - Dało się w tym usłyszeć nutę smutku.
-Nie udawałem...
-Zamilcz, powiedziałem! - Michaela opanowała wściekłość. - Jesteś plugawcem, który wkradł się w me łaski i me życie. Nie mogę uwierzyć, że dałem się nabrać i że ci zaufałem. Może byłeś moim przyjacielem, ale teraz jesteś największym wrogiem. Jesteś rzeźnikiem, dopuściłeś się wielu zbrodni, wielu zabójstw. Teraz ja, mam zaszczyt być twoim sędzią i katem. - Wyciągnął przed siebie lewą rękę. - Nie będę cię słuchać, nie dam sobą manipulować. Co do mojego osądu nie ma wątpliwości. Danavisie Blake'u! Skazuję cię na śmierć!
      W wyciągniętej dłoni Michaela pojawił się błękitny płomień. Gdy archont zacisnął pięść, płomień wyślizgnął się z ręki i zaczął wić niczym wąż. Ogień uspokoił się i zaczął nabierać kształtu. Kiedy płomienie zniknęły mężczyzna trzymał piękny, złoty łuk zdobiony wieloma glyphami i runami, które mało kto był w stanie zrozumieć. Od tego przedmiotu dało się czuć wielką energię. Demon poczuł mdłości na sam jego widok. Archont złapał za cięciwę i napiął ją powolnym, ale zdecydowanym ruchem. Nagle wszelkie światło wokół Michaela zaczęło jakby spływać w stronę łuku tworząc oślepiająco białą strzałę.
-Przepraszam... za to, kim jestem. - Wyszeptał Danavis i zamknął pulsujące energią oczy.
      Rozległ się huk gwałtownie otwieranych drzwi, a na dach wpadła kobieta o długich blond włosach ubrana w białą suknię , miała koło trzydziestu lat i była naprawdę piękna oraz była w zaawansowanej ciąży. Wszyscy byli tak zaskoczeni jej obecnością, że nikt nawet nie zareagował, gdy wyminęła ludzi zakonu i zasłoniła demona własnym ciałem. Po jej policzkach spływały łzy.
-Nie dam wam go skrzywdzić! - Wykrzyczała z desperacją.
-E-elis...? - Wydusił z siebie Danavis, patrząc na nią z szeroko otwartymi oczami.
      Feonar spojrzał na dziewczynę, a później spuścił wzrok na jej brzuch, po czym się roześmiał.
-Teraz rozumiem. To twój następca! Wygląda na to, że sprawa sama nam się rozwiązała. - Machnął ręką. - Michaelu, ona jest splugawiona. Zabij obydwoje.
      Michael zawahał się przez chwilę, ale widać było, że nie zamierza zignorować rozkazu.
-Tak jest.
-Nie pozwolę wam! - Głos demona uderzył w głowy ludzi niczym grzmot, zakonnicy złapali się za głowy, opuszczając broń, a Michael wystrzelił strzałę w powietrze, jej blask rozjaśnił niebo.
      Wokół Danavisa zaczęła wirować czarna energia, a od prawego oka do prawej ręki zaczęło spływać białe światło tworząc pulsujące znaki na jego skórze niczym tatuaże.
-Ha! Nie uformujesz nawet ostrza przez amulet!
      Feonar wyciągnął naszyjnik przed siebie, a wyraz jego twarzy, który przed chwilą malował się pewnością siebie, teraz przedstawiał strach. Amulet drżał, a na jego zdobionej oprawie, zaczęły pojawiać się rysy. Zakonnik nie mógł w to uwierzyć. Czy ten demon jest w stanie przezwyciężyć moc samego Stwórcy?
      Czarna energia szalała w postaci wiru na około Danavisa, nie mogła znaleźć upustu, nie mogła zostać wykorzystana przez świecidełko trzymane przez Feonara. Złość i wściekłość demona pulsowała w postaci białych znaków na jego ciele. Kolejne białe punkciki pojawiły się na jego twarzy, rozszerzając się i tworząc szczeliny, aż w końcu utworzyły paszczę demona. Wielkie zęby nie były osłonięte przez wargi, wyrastały bezpośrednio ze skóry. Cała szczęka przypominała pułapkę na niedźwiedzie, z której biło białe światło. Rozległ się potworny, nieludzki ryk. Powietrze, wytwarzane przez jego energię, podrywało szaty mężczyzn na dachu.
      Danavis uderzył raz skrzydłami, wystrzeliwując się wprost na archonta. Demon zacisnął pięść i wziął zamach, lecz kilku zakonników, którzy zdążyli dojść do siebie, bez zastanowienia rzuciło coś, co przypominało nić, która niczym żywe stworzenie od razu oplotła rękę Danavisa. Ten natomiast nawet nie zwrócił na to uwagi, opanowany gniewem po prostu uderzył, ale z tego powodu jedynie musnął pięścią twarz Michaela. Siła uderzenia, mimo to, była na tyle duża, że zmiotła archonta z zabudowanej klatki schodowej, wbijając go przez dach, piętro niżej. Nici napięły się pod siła zamachu i wyrzuciły trzymających je mężczyzn w powietrze. Ich lot skończył się trzydzieści pięter niżej, na ulicy.
      Feonar otrząsnął się i korzystając z zamieszania, złapał kobietę i przyłożył jej do szyi miecz jednego z martwych zakonników. Gdy Danavis to zobaczył, zachwiał się, nie wiedząc co robić.
-Elis...- zaczął demon.
-Danavis! - Przerwała mu zrozpaczona kobieta.
      Powietrze rozdarł świst, a demona przeszył snop białego światła wystrzelony ze świętego łuku.
-To koniec. - Powiedział Michael, unosząc się na eterycznych skrzydłach, a na jego twarzy z lekka malował się smutek.
      Czarna energia wirująca wokół Danavisa zatrzymała się na chwile a później opadła. Znaki na jego ciele zniknęły. Wyciągnął rękę w stronę Elis, swojej ukochanej. Blask jego oczu słabł, aż całkiem wygasł, a ciało padło bezwładnie, uderzając w twarde podłoże. W tej chwili rozległ się krzyk i głośny płacz kobiety. Zakonnicy spojrzeli po sobie nie rozumiejąc, co się właśnie stało i dlaczego kobieta broniła potwora.
      Michael podszedł do jego ciała, ale nie było tam już czarnego demona tylko ciało mężczyzny o białych włosach sięgających mu do ramion i kilkudniowym zarostem. Leżał na brzuchu, a na jego plecach znajdowała się zakrwawiona rana. Brązowe oczy były szeroko otwarte. Archont uklęknął i zamknął jego powieki. Mogłoby się wydawać, że po policzku spłynęła mu łza.
-Zapłacisz.- Wyszeptała Elis.
-Co takiego? - Nastawił ucho Feonar.
-Zapłacisz za to! Nie teraz, ale znajdzie się ktoś, kto cię zabije, pomści Danavisa! Noszę go w sobie!       Kogoś, kto jest potężniejszy niż możesz to sobie wyobrazić. - Wykrzyczała w płaczu, a z jej zielonych oczu zionęła nienawiść.
-Mówisz o tych legendach? O połączeniu demona i człowieka? Naprawdę myślisz, że bajka o potędze połączonych krwi jest prawdziwa? Ha! Nie rozśmieszaj mnie dziewczyno. Kobieta nie może zajść w ciążę z demonem. Takie jest prawo natury, nie jesteś wyjątkiem, a to nie może być jego dziecko... ale... muszę przyznać, że te scenki mnie zaintrygowały. Chciałem cię zabić od razu razem z dzieckiem, ale - przejechał dłonią po jej brzuchu- chce go najpierw zobaczyć. Chce zobaczyć tego twojego "mściciela", a dopiero później się wami zajmę. - Machnął ręką na zakonników. - Brać ją do klasztoru. Niedługo będzie rodzić.

Komentarze

  1. Bardzo trudno się czyta tę białą czcionkę na ciemnym tle (szczególnie fragmenty, które są napisane tą ozdobną czcionką). Popracuj nad layoutem strony, bo nie jest za bardzo przyjazny dla potencjalnych czytelników.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz