3. Obce miejsce
Zazgrzytały nie naoliwione drzwi celi, a światło, które wdarło się do tego małego pomieszczenia, oślepiło starca przykutego do ściany. Kilka szczurów szybko uciekło do dziury w kamiennej ścianie. Cela nie była w żaden sposób oświetlona, jedynym źródłem światła były na oścież otwarte drzwi, w których stał człowiek odziany w szatę, trzymał coś w rękach.
-Kolacja Glen!
Talerz wylądował pod nogami siwego mężczyzny. Kawałek chleba wyleciał z talerza, brudząc się na nie czyszczonej od wieków podłodze, a kubek wody przewrócił się, lecz on nawet nie podniósł wzroku.
-Wybacz! Znowu to zrobiłem? - Roześmiał się zakonnik. - Następnym razem się nie potknę, obiecuję.
Ręce miał nad głową, przykute do ściany. Klęczał na brudnej podłodze. Woda wylana z kubka spłynęła w jego stronę, mocząc mu nogawkę starego, poszarpanego łachmana, w który był ubrany. Grzywka od długo nieobcinanych włosów opadała mu na oczy, a twarz zakrywała długa, gęsta broda. Szare oczy wydawały się wypalone, puste, wpatrzone w jeden punkt, którym był talerz rzucony pod jego nogi.
-Ile to już? Cztery lata...? Tak, to już twoja czwarta rocznica tu, na dole... u mnie. - Nachylił się i przystawił palec do czoła Glena. - Mam nadzieję, że bawisz się tu tak samo dobrze, jak na początku, bo jednak jeszcze trochę czasu tu spędzisz. Dla takich zdrajców jak ty jest tylko dożywocie. - Palec pchnął głowę starca do ściany, a grzywka odsłoniła jego oczy.
Mężczyzna ubrany w niebieską szatę to zobaczył, ten błysk w jego szarych oczach, w których od prawie czterech lat, dzień w dzień widział tylko pustkę. Ta zmiana zaniepokoiła zakonnika i starła chytry uśmiech z jego twarzy.
-Wydaje się jednak, że uda mi się wyjść szybciej za dobre sprawowanie. - Zaśmiał się Glen.
-Na żarty ci się zebrało? Nie będę tolerować...
Zakonnik uniósł rękę z zamiarem spoliczkowania starca. W tym momencie, tuż za jego plecami rozległ się cichy huk. Jakiś cień spadł spod sufitu i chwycił jego dłoń.
-Nie ładnie bić starszych ludzi. - Odezwał się kobiecy głos.
Na twarzy mężczyzny zagościło zdziwienie. Nie mógł się spodziewać, że będzie tu trzecia osoba. Gwałtownie odwrócił głowę, a jego wzrok napotkał te błękitne, świdrujące oczy, niższej o głowę, młodej dziewczyny. Miała krótkie blond włosy, zgolone po prawej stronie z przedziałkiem nad prawym okiem, z lewej strony sięgały jej za ucho.
-K-kim jesteś...? - Odezwał się lekko wystraszony zakonnik.
-Och tak! Nie przedstawiłam się. Proszę wybaczyć. - Na jej lekko wychudzoną twarz zagościł szalony uśmiech. - Nazywam się Elizabeth, a to jest - dziewczyna sięgnęła za plecy - Pełnia.
Nogi zakonnika zgięły się pod własnym ciężarem, a jego ciało ciężko uderzyło o ziemię. Głowa mężczyzny potoczyła się w ciemny kąt celi, a patrząca na to dziewczyna zakryła dłonią usta.
-Ups! Chyba troszkę przesadziłam. - W jej głosie słychać było dziwnie szczere przejęcie.
Glen przyjrzał się Elizabeth. W dłoni trzymała zakrwawioną broń o okrągłym kształcie. Krawędzie koła były zakończone ostrzem, a przez środek przechodził uchwyt. Broń miała dziwne, symetryczne szczeliny po obu stronach. Starzec, nigdy wcześniej, nie widział takiej broni.
Dziewczyna była szczupła i dobrze zbudowana. Miała na sobie niebieską koszulkę, rozpięty, trochę wytarty, czarny płaszcz, poprzecierane jeansy i glany. Jej postawa cały czas się zmieniała, nie mogła ustać w miejscu, była bardzo nadpobudliwa.
-No cóż... czasami trzeba umrzeć. - Jej głos nagle zaczął zdradzać podekscytowanie.
Dziewczyna przejechała palcem po ostrzu, zbierając trochę krwi na skórzaną rękawiczkę, po czym włożyła palec do ust. Obróciła się w stronę Glena i zastygła na chwilę. Przyglądała mu się, a jej wzrok, wydawać by się mogło, że nie może się zatrzymać na jednym punkcie. Wyciągnęła palec z ust, a na jej usta znów zagościł ten uśmiech. Podskoczyła do Glena i przykucnęła przed nim. Jej wzrok, tym razem, utkwił na szarych oczach starca. Glen miał wrażenie, że jej błękitne spojrzenie dosłownie wbija się w jego głowę.
-To ty? - Dziewczyna lekko przechyliła głowę.
-Ja? Co masz na myśli?
-Czy jesteś człowiekiem, który wie coś, z czego Domi będzie zadowolony?
-Domi? O czym ty mówisz kobieto? - Glen nie miał zielonego pojęcia, o co chodzi Elizabeth.
Dziewczyna wyprostowała się i potrząsnęła głową. Zbyt dużo czasu zajęło jej zlokalizowanie tego człowieka i przedostanie się do klasztoru bez alarmowania strażników, żeby to wszystko okazało się pomyłką.
-Mówi ci coś nazwisko Blake? - Jej głos pierwszy raz zabrzmiał poważnie.
Oczy Glena otworzyły się szeroko, gdy usłyszał to nazwisko. Podniósł głowę i spojrzał zdziwiony na Elizabeth.
-Domen? On żyje?
Glen zrozumiał, że zakon go oszukał. Wmówili mu, że dawno temu schwytali dzieciaka i zabili. Gdy Glen został złapany zaczęli go torturować, robili wszystko byle tylko wyjawił miejsce pobytu chłopaka lub jakąkolwiek informację, która pozwoliłaby im go znaleźć. Jednak starzec nigdy nie dał im się złamać, przez co Feonar skazał go na gnicie w ciemnym lochu do końca swoich dni pod nadzorem najgorszej szumowiny w klasztorze w Cameron, która najwyraźniej teraz dla pewniej dziewczyny... no cóż... straciła głowę.
-Tak, żyje i ma się dobrze. No cóż... Prawie.
-Co chcesz wiedzieć? - Zapytał siwy mężczyzna.
-Ty jesteś Glen Evans?
Starzec tylko przytaknął. Elizabeth podskoczyła uradowana jak dziecko, po czym nachyliła się do mężczyzny i wyciągnęła do niego rękę. Glen spojrzał na kajdany, unieruchamiały jego dłonie.
-Miło mi cię poznać, ale...
-Och! Wybacz!
Dziewczyna machnęła ręką nad kajdanami. Iskry wzbiły się w powietrze, a Glen był oswobodzony. Zdziwiony rzucił okiem najpierw na Elizabeth, która szczerzyła się w szalonym uśmiechu, a następnie jeszcze raz na metalowe kajdany. Były na nich ślady pazurów. Musiały być ostre jak brzytwa.
-Likantrop? Teraz wiem, dlaczego nazwałaś swoją broń Pełnia. Widzę, że dzieciak zdobył ciekawych znajomych.
-Skąd wiesz kim jestem? - Dziewczyna nie ukrywała zdumienia.
-Kiedyś byłem kronikarzem w wielkim klasztorze w Wenlock. Dużo czasu spędzałem nad księgami, szczególnie bestiariuszami. Myślisz, że od kogo Blake nauczył się wszystkiego, co wie o demonach? - Starzec uśmiechnął się dumny z siebie. - Ale nie czas teraz na to, opowiem ci wszystko jak się stąd wydostaniemy.
-Prawda. Nasz transport czeka pod bramą. Musimy tylko dostać się na balkon skąd już prosta droga. - Dziewczyna podeszła do drzwi. - Postaraj się trzymać blisko mnie staruszku. - Powiedziała, po czym wyszła z celi.
-Nie nazywaj mnie tak...- wymamrotał niezadowolony Glen.
Mężczyzna zrobił krok, lecz zahaczył nogą o ciało zakonnika. Przeszedł nad nim, ale zatrzymał się jeszcze na chwilę. Przypomniał sobie lata udręk i krzywd wyrządzonych mu przez tego osobnika. Splunął na jego zakrwawioną, niebieską szatę.
-Za szybko zginąłeś pieprzony...
Glen pomachał głową, odwrócił się na pięcie i wyszedł.
Komentarze
Prześlij komentarz